Home Czytelnia Artykuły Festiwal z atmosferą – Relacja z Hip Hop Kemp 2016

Stało się. Minął rok od momentu, gdy po raz pierwszy dane mi było stąpać po terenie czeskiego festiwal parku w Hradec Kralove. Podczas tegorocznej edycji przywitało nas słońce i blisko trzydziestostopniowy upał, który towarzyszył nam do końca festiwalu. Skoro świeci słońce jest szansa na pozytywną energię również ze strony artystów. Nasza redakcja po obowiązkowym przyjęciu opasek i rozbiciu namiotów udała się na rozeznanie terenu, gdyż w tym roku nastąpiły niemałe zmiany. Pierwsza z nich, zasadnicza polegała na przeniesieniu głównego pola kempowiczów w stronę lasku, co przyczyniło się do wydłużonych pieszych wycieczek. Tuż obok pola powstało za to miejsce do imprez typowo driftowych co myślę, że ubarwi kolejne edycje Kempa.

Zaczęliśmy tradycyjnie. Czeski Staropramen oraz pizza Uno wprawiły nas w dobry nastrój. Nie odpuściliśmy, musieliśmy sprawdzić, czy wszystkie aspekty organizacyjne będą działać tak jak obiecywali organizatorzy. Niestety. Ów aspekty były najsłabszym punktem programu. Począwszy od prozaicznej sytuacji gdzie chcąc przejść przez główną bramę w stronę pola koncertowego (naprawdę spieszyłem się na
występ …) usłyszałem od Pani z ochrony, że akredytacja nic dla niej nie znaczy i mam stać normalnie w kolejce, mimo iż pilnie strzeżone przez Nią wejście….było puste. Absurdów zdarzyło się kilka, jednym z nich na polu dziennikarskim były słownie cztery prysznice. Tak, cztery. Ciągnące się hen po widnokrąg kolejki zdawały się nie mieć końca. Frustracja rosła, zwłaszcza gdy rano w namiocie witał Was ponad trzydziestostopniowy skwar i chcieliście się po prostu odświeżyć. Jakby tego było mało, blisko półtora godziny stania w kolejce wydłużyło się o kolejną godzinę, gdyż zabrakło wody. Niby nic powiecie, ale zapewniam Was, mówienie o takich sytuacjach zza ekranów komputerów jest jak komentowanie ligi mistrzów sprzed ekranu tv – nic nie daje, frustruje i wygląda skrajnie inaczej gdy się w tym faktycznie uczestniczy.
Przejdźmy do tych pozytywnych stron, bo jest ich nie mało i na szczęście przeważyły zdecydowanie nad tymi niesmacznymi niuansami.

Pierwszy występ, który udało nam się oglądnąć podczas Kempa A.D. 2016 był występ NWJ. Święcący ostatnio triumfy sprzedażowe Keptyn Tede nie mógł nie pojawić się na czeskim festiwalu. U jego boku pojawił się również DJ Buhh, który rozpoczął ceremonie. Jednego nie można odmówić, była energia. Ludzie bawili się genialnie i sam przyznaję w momencie, gdy ze sceny usłyszeliśmy typowo polską przyśpiewkę „Flacha” oraz „Biało-czerwoni” serce mi urosło na dźwięk tylu gardeł dumnie śpiewających wraz z Tede. Usłyszeliśmy materiał zarówno z nadchodzącego krążka „KEPTN’”jak i sprawdzony już w Polsce koncertowo set z „Vanillahajs„. Wiernych fanów nie ominęły również
rzeczy z ostatniego mixtape`u „Goooo” czy klasyk w postaci „Drin za Drinem„. Nigdy nie ukrywałem, że fanem Tedego nie jestem i pomimo braku przejawu geniuszu muszę oddać, że ten koncert był dobry.
Następnie w programie imprezy pojawia się szwedzka ekipa Looptroop Rockers. To było niesamowite show, pełne pozytywnej energii. Promoe, Supreme oraz CosM.I.C. robili z publicznością to na co żywnie przychodziła im ochota. To, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie może zdawać się pierdołą jednak fakt, iż Szwedzi swój materiał z płyty na żywo przedstawiają w skali 1:1 jest czymś, czego niektórzy raperzy z polski mogliby się uczyć.
Występ Looptroopów był jednym z najlepszych podczas całej imprezy. Bardzo chciałem pojawić się na koncercie czeskiej formacji PSH. Niestety (a tak naprawdę stety) udaliśmy się do Hangaru Defshop Backspin na występ stołecznej ekipy JWP/BC. To była jedna z naszych najlepszych decyzji. To, co działo się w hangarze nie da się opisać słowami. Krew, pot i łzy to hasło, które chyba oddaje ten klimat najlepiej. Jaśnie wielmożni Panowie bez cenzury i bez większego owijania w przysłowiową bawełnę najlepiej z polskich artystów oddali klimat hasła „hip-hop”. Przeważył materiał z ostatniego wspólnego materiału „Sequel„. W publiczność leciały takie numery jak: „Jesteśmy wszędzie”, „Iceman”, „Atomy” czy też nagrany wspólnie z Seanem Pricem „Wild Style„.
Spoceni, wykończeni, bez głosu, ale za to szczęśliwi udaliśmy się na małą przerwę, by zobaczyć występ Andersona. Paaka i The Free Nationals. Po pierwsze props dla organizatorów za nagłośnienie i światła. To właśnie te aspekty dopełniły genialny wręcz występ rzeczonego wcześniej artysty. Moc, energia, dobór materiału oraz naprawdę fantastyczni muzycy spisali się na medal. Nie miałem oczekiwań, gdyż wolę się zaskoczyć niż rozczarować, jednakże to, co wyczyniał sam MC, gdy zasiadał za zestawem perkusyjnym jednocześnie rapując, często niełatwe frazy, wprawiło mnie w zdumienie. Jeśli dodać do tego popisy solowe każdego z muzyków…ach palce lizać! Jeżeli nie mogliście być, koniecznie wpiszcie w swój terminarz najbliższy możliwy dla Was do oglądnięcia koncert tej ekipy, uwierzcie, że warto!

Tym pozytywnym akcentem pożegnaliśmy pierwszy dzień festiwalu.

Dzień drugi. Bareja. Kolejka, prysznic, brak wody, upał. To, co nam dopisuje to humory. Wspólnie spędzony czas w kolejce przełożył się na długie rozmowy o wczorajszym dniu, koncertach i oczekiwaniach względem następnych koncertowych wydarzeń.
Zaczęliśmy pracę od wywiadów, które niebawem ukażą się na naszych łamach, myślę, że jest na co czekać! O 20.30 tuż po wizycie w Press Roomie, zalogowaliśmy się w dziennikarskiej fosie, by oglądnąć kolejnych naszych rodaków. Tym razem na scenie pojawili się Kękę i Paluch. Za namową organizatorów festiwalu na scenie pojawili się w duecie. Tu moje delikatne rozczarowanie liczyłem na ciekawe blendy, specjalnie zorganizowane show. Niestety, chłopaki po wykonaniu każdorazowo swojego utworu kolejno zmieniali się na scenie. Sam koncert zarówno ze strony Radomianina, jak i Poznaniaka był świetny. Ze sceny leciały same sprawdzone numery. Paluch uraczył nas materiałem od starszych „Nowego Trueschoolu”, „Bez Strachu” po nowe promujące ostatni krążek „10/29”, „Halo Ziemia„. Za to Kękę udowodnił, że numery pokroju „Smutku” mają w sobie tyle koncertowej mocy co sprawdzone „Wyjebane„.

Chwila na oddech i lecimy na kolejnego polskiego wykonawcę. Tym razem klimat prosto z Torunia zaserwował nam Małpa.
To był jeden z „tych” koncertów. Pełny magii, pasji i hip-hopu. Ten niesamowicie skromny i cichy człowiek przeradza się na scenie w King-Konga! Za DJ’ki Chwiała poleciały „Paznokcie”, „Skała”, „Miałem to rzucić” po przyprawiające o ciarki „Nie byłem nigdy”, „Po sygnale” czy będące naprawdę gratką dla tych, którzy dostali się do hangaru „Próby, błędy” z gościnnym udziałem Grubego Mielzkiego !

Byliśmy styrani. Jednak przed nami absolutna gwiazda wieczoru: Machine Gun Kelly. Kolejny z raperów, który zdecydował się pojawić w Czechach z live bandem! Pomimo złamanej ręki, widocznego na backstage’u humoru, Amerykanin dał z siebie 200 procent. Wydawało się, że nic sobie nie robił z kontuzji. Liczne double time’y, który wyrzucał ze swoich ust raz po raz udowadniały, że rzeczony karabin w pseudonimie nie wziął się znikąd i nie jest on tanią przechwałką. Już od samego intra wiedziałem, że ten wieczór będzie magiczny. Nie pomyliłem się…

Dzień trzeci.

Dzień świstaka. Bareja. Kolejka, prysznic, zapchany, upał. Dalej zgodnie w myśl festiwalu przyświeca nam pozytywna energia, uśmiechy i kolejne dyskusje.
Przyjechaliśmy tu we środę, a już na karku czuliśmy oddech końca tego pięknego festu. Apetyt rósł w miarę jedzenia. Po genialnych występach Andersona, JWP/BC, Małpy czy Machine Gun Kelly’ego czekały nas sobotnie dania główne.
Udaliśmy się na katowicki Kaliber 44. Legenda na scenie sprawdza się i do dziś smakuje wybornie. Jedynym problemem były dla mnie co poniektóre utwory z ostatniego krążka K44 „Ułamek tarcia”. Gdy z głośników dobiegały starsze dźwięki klasycznych już „Normalnie o tej porze”, „Filmu” czy „Konfrontacji” ciarki biegały mi po całych plecach. Chłopaki udowodnili, że są potrzebni na polskiej scenie i, że bronią się kapitalnie. Tym razem na scenie miała się pojawić jedna z moich ukochanych formacji słowacki Kontrafakt. Rytmus i Ego to dla mnie osobiście koncertowa maszyna, o czym może świadczyć fakt, iż od 15 lat co roku pojawiają się na Kempowej scenie. Takiego zaszczytu nie dostąpiła żadna inna grupa czy MC. Z głośników poleciały m.in. „Kym Neskapem”, „Stokujemy Vonku” czy sztandarowe „JBMNT„.
Na sam koniec całego festiwalu dostaliśmy specjalny tribute nieodżałowanego Seana Price’a. Buckshot, Smif-N-Wessun, Rock z Heltah Skeltah oraz Top Dog z OGC oprócz obiecanego hołdu dla Price’a ze sceny hołdowali m.in. Eazy’emu E czy Notoriousowi B.I.G. Występ raczej średni, acz łezka zakręciła się w oku… Po nich pojawił się duet, w którym pokładaliśmy nie małe nadzieje. Mowa tu o Pete Rocku i Cl Smooth’ie! Tego nie można opisać słowami. To była czysta magia, o której Pani Rowling i jej uzdolniony Harry Potter mogliby pomarzyć. To trzeba przeżyć, pomimo niemałego zasobu słów, sentencji – wybaczcie nie mogę nic napisać. Byliśmy świadkami jednego z najlepszych koncertów ever. Kto nie był niech żałuje.

Zbliżała się godzina zero. Jedna z ostatnich gwiazd festiwalu miała za chwilę pojawić się na scenie. I oczywiście wiedziałem, że jeżeli całe 3 dni będą niezwykłe to będzie musiało mnie coś rozczarować. Tym rozczarowaniem był … brak Method Mana. Rzekomym powodem, dla którego członek Wu Tangu nie pojawił się w Hradec Kralove był fakt popełnienia scen do drugiej części kultowego już „How Higha„. Redman w zamian za swojego wiernego kompana pojawił się w towarzystwie grupy EPMD. Panowie wynagrodzili mi niesmak, który pozostał po niestawiennictwie Metha. Nawet pomyłka Redmana w postaci przekręcenia miejsca koncertu (myślał, że gra w Pradze) była zabawna i nie ważna w stosunku do zestawionych przekrojowych hitów.
Dał dużo pozytywnej energii, miłości i szacunku co dla mnie osobiście oznaczać może jedno, klasę samą w sobie.

Stało się. Zegar znów zaczął odliczać miesiące, dni, godziny, minuty do kolejnej, przyszłorocznej szesnastej edycji festiwalu z atmosferą. Pomimo drobnych rozczarowań w postaci wspomnianych problemów organizacyjnych (kilku już naprawdę sobie oszczędzę), słabego występu Masta Ace’a oraz niepojawieniu się Method Mana czy też grubej akcji policyjnej na kempowym polu, muszę przyznać, że atmosfera była naprawdę pozytywna i gorąca jak nieopuszczające nas do niedzieli słońce. Tego, czego życzyłbym sobie i Wam drodzy czytelnicy to tego, aby za rok, kiedy mam nadzieję znów spotkamy się na terenie festiwal parku pojawiły się kolejne wielkie nazwiska, została usprawniona kwestia organizacyjna. Życzę nam również tego by pojawiło się mniej osób przyjeżdżających na Kempa po ćpanie i tanie wrażenia aniżeli po dobrą muzykę, którą można było się zaciągać bez liku… bo jak przewinął jeden mój kumpel: „nie muszę ćpać, by mieć high, all I need is one mic…”. Do zobaczenia za rok!

Napisz odpowiedź

WYWIADY