Home Czytelnia Artykuły Hip-Hop is dead – felieton

 

„Hip-Hop Is Dead”

Pierwsze skojarzenie? Przestańcie czytać jeśli w tym momencie nie macie przed oczami gościa z czarną różą w ręku.

Chociaż zostawmy Stany. Jeśli czytacie dalej, zajmijmy się lokalną sceną rapową, naszą, jakże silną, stale idącą naprzód. No właśnie PROGRES, tyle się słyszy ostatnio o rozwoju polskiego rapu, o tym, że jest co najmniej parę poziomów wyżej niż ten sprzed kilku lat, młodzi zaczynając mają większe możliwości, lepsze flow, wiedzę i technikę… ale czy na pewno? Przecież cały czas w uszy kłuje mnie „hip-hop is dead”, lokalni rapperzy krzyczą „skończył się, sprzedał, sku*rwił, zniszczyli go, brzmi jak hiphopolo, stracił sens…” i tak w kółko. Coraz częściej zastanawiam się, czy aby nie mówią oni o sobie. Grubo ponad połowa nawijaczy próbuje na siłę przekonać słuchacza o słuszności swojego rap-działania jadąc jednocześnie wszystko wokół. Ze szczyptą hipokryzji.

Jaka jest przyczyna takich zachowań? Ego robi zapewne swoje, ale druga rzecz – moda. I tu kolejny paradkos, bo przecież hip-hop jedzie po modzie. Jedzie? Poprawka – jechał modę, teraz już niekoniecznie, natomiast zaczyna płynąć z nurtem. Przykłady? Wiele ich. Nie mówmy nawet o kontrastach w wizerunku artystów na przestrzeni lat, mimo, że i tu hip-hop poniekąd stracił jaja. Temat wałkowany byłby pewnie tysiąc sześćdziesiąty ósmy raz. Chodzi mi o brzmienie. Choćby nie tak odległy boom na dubstep w beatach, czy konieczne dziś przyspieszenia. Nie żebym był wrogo nastawiony do eksperymentowania, przeciwnie, popieram, ale czy nie warto wcisnąć w pewnym momencie stop i zadać sobie pytanie „ku*wa, czy aby z tym nie przeginam?”.

Niespełna rok temu mój znajomy wyrapował taki wers:

 

„po co coś ciągle poprawiać skoro jest dobre?”

 

Trafił w dziesiątkę i chyba główną bolączką naszej, światowej klasy sceny jest wymuszenie tego niezbędnego progresu, które działa zazwyczaj wspak. Nie od dziś, czy roku. Na potwierdzenie rzucam kolejny ostatni już cytat, tak żeby nie przeholować, słowa sprzed dekady, autora, którego przedstawiać nie trzeba kumatemu słuchaczowi:

 

„niektórzy goście przeczytali o podwójnych

zapomnieli, że twój styl ma być dobry, nie trudny”

 

Hip-hop is dead…

Jakby przepytać raperów, słuchaczy, wiadomo, zdania podzielone, pół na pół, zależy co kto lubi krzyczeć do mic’a, czy wyciągać z subwoofera, nie będę robił z siebie jakiegoś mega outsidera w temacie, zacząłem rozkminę więc konsekwentnie dokończę, argumentując. Rap się cofnął, nie jest tak całkiem martwy, rzekłbym raczej stłamszony, stłumiony, bo jak to jest, że od tak długiego czasu nie natknąłem się na nic co można by uznać za klasyk? I w ogóle gdzie jest parcie żeby robić klasyki, coś co zagnie słuchacza, zamiast motywować go by wyciągać płytę X sprzed 20 lat i mówić „no, tak to już dziś nikt nie zagra”. No bo jak niby ma zagrać, skoro na pierwszej demówce (o ile nie zaczyna się przygody z rapem od klipu w wieku 14 lat – znam takich), główną rolę odgrywają przyspieszenia, liczba sylab, czy licho wie jaki swag? Mam wrażenie, że dziś robi się rap po to by zrobić fajny kawałek, nie dba się o oryginalność, mimo eksperymentów dyma się ten sam schemat. Świeży „gracze” nie próbują już nawet robić rapu jaki ich idole dziesięć lat wstecz, chcą ich prześcignąć natychmiast – błąd, daleko ci młody, zwolnij, chyl czoła! Ogólnie już, możliwości jest więcej, sprzęt jest lepszy, są patenty na lepszą nawijkę więc w czym problem? Nie wiedzieć czemu brakuje klimatu. Polski hip-hop przyjął jakby zasadę działania „większy skill, mniej stylu”. W efekcie – nic ciekawego.

Pewnie, trafiają się numery i płyty idealne brzmieniowo, takie, które się pamięta, ale na tle muzyki to tylko kropla w morzu, jeśli nie oceanie. Dość przykre, bo piętnaście lat temu użyłbym słowa akwarium.

Co do wiedzy, wspomniałem o tym na początku, ale wolałbym pominąć tę kwestię. Jestem tylko ciekaw odpowiedzi, co gdyby przeprowadzić wywiad z undergroundowymi raperami, czy nawet paroma typkami z mainstreamu na temat klasyków. Spotkałem się nie tak dawno z rap-wyjadaczem (4 płyty, 8 lat koncertów), który na pytanie o Warszafski Deszcz czy Stare Miasto, był w stanie w parze do tępego spojrzenia i zalania się browarem, rzec jedynie „nie znam, pierwsze słyszę”. I nie do końca jest tak, że znalazłem jakiegoś typa i wyciągam brudy. Znalazłem więcej niż dziesięciu takich. I tym chyba skończę, bo kusi mnie żeby wypisać tu parę ksyw. Odpuszczam.

Macie jakieś wnioski? Ja zamieniam „hip-hop is dead” na “hip-hop is deaf”.

A tymczasem…

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=FlZ2vIHFC0M]

 

 

 

Adrian „Aike” Kowalski

1 odpowiedź do tego postu

Napisz odpowiedź

WYWIADY